Informacje

Informacje

Wojna i (nie)pokój

W Jastrzębiu-Zdroju nie ma schronów dla ludności cywilnej. Wszystkie tego typu obiekty znajdują się na terenie zakładów przemysłowych.

Dożyliśmy czasów, kiedy tekst o schronach na wypadek wojny nie jest ciekawostkową „zapchajdziurą”, ale ważnym materiałem informacyjnym. Rosjanie i ich psychopatyczny przywódca odarli nas ze złudzeń, że ostatnie dekady względnego pokoju były trwałą tendencją, a nie jedynie dziejową anomalią. Patrząc na przekazy z Ukrainy zmieniło się też nasze wyobrażenie o wojnie. Wmawiano nam, że współczesny konflikt będzie polegał na atomowej zagładzie albo na konwencjonalnych, punktowych starciach między nowoczesnymi armiami.

Hordy Putina udowodniły, że w kwestii wojny nic się nie zmieniło od 80 lat.

Wciąż obowiązuje taktyka spalonej ziemi, pancernych frontów i bezwzględnej brutalności wobec ludności cywilnej. Poprzednie wojny na początku toczyły się na terenie jednego kraju, a później rozlały się na cały kontynent i świat. Musimy być gotowi na taki scenariusz. Najbardziej przejmującym obrazem z Ukrainy jest bezradność cywilów, którzy nie mają gdzie się schować przed bombami albo giną pod gruzami, jeśli schronienie okazało się zawodne.

W Jastrzębiu-Zdroju przygotowano miejsca w schronach dla około dwóch tysięcy osób.

Nie jest to dużo, jak na miasto zamieszkiwane przez niespełna 90 tysięcy osób. Schronów jest tylko dziesięć i wszystkie są zlokalizowane na terenie zakładów przemysłowych: KWK „Borynia-Zofiówka”, PGNiG Termika Energetyka Przemysłowa, KWK „Jastrzębie-Bzie”, JSW Zakład Wsparcia Produkcji. Oznacza to, że gdyby doszło do najgorszego, mieszkańcy nie mieliby się gdzie schronić. Patrząc na relacje z ukraińskiego frontu, trudno uznać za bezpieczne miejsce piwnice w blokach i budynkach publicznych.

Oczywiście to nie jest problem tylko nasz, ale ogólnopolski.

W całym kraju znajdują się około 40 tys. budowli ochronnych, które są w stanie pomieścić tylko niecałe trzy procent ludności. To bardzo niewiele, a dochodzi do tego problem przygotowania tych pomieszczeń. Większość jest zaniedbana i często nie nadaje się do użytku. Same konstrukcje istnieją nadal, ale zwykle nie działa w nich wentylacja, są zawilgocone i zagrzybione. Obiekty te, budowane w czasach zimnej wojny, po 1989 r. najczęściej nie były już konserwowane, ani remontowane. Co więcej, nie każda „budowla ochronna” jest schronem z prawdziwego zdarzenia. W większości są to np. piwnice czy garaże podziemne, które mogą chronić przed kulami czy odłamkami, ale już nie przed bombardowaniem. Dramatycznie przekonali się o tym mieszkańcy Mariupola, którzy w budynkach publicznych szukali schronienia, a znaleźli śmierć pod gruzami.

Inaczej niż w Polsce jest na przykład w Szwecji, która lepiej rozpoznała problemy wynikające ze swojego geopolitycznego położenia.

Kraj ten nie należy do NATO, ale leży blisko Rosji. Oznacza to, że przez lata Szwecja budowała potencjał obronny w oparciu o własne zasoby. I nie chodzi tylko o stan armii, ale także o społeczną świadomość i gotowość do zaakceptowania sytuacji ekstremalnej, jaką jest wojna. Szwecja dysponuje schronami pozwalającymi ochronić ok. 70-85 proc. ludności. Bardzo dobrze funkcjonuje tam także system obrony cywilnej, z którą związany jest co dziesiąty obywatel. W Polsce zaniedbaliśmy ten problem.

Po wstąpieniu do NATO nasze elity polityczne uznały, że wszelkie problemy związane z bezpieczeństwem załatwią za nas Amerykanie.

Natomiast wcześniej, w czasach PRL, nie rozbudowano systemu schronów na miarę 40-milionowego społeczeństwa z innego powodu. W latach zimnej wojny, stratedzy zarówno NATO jak i Układu Warszawskiego, raczej nie liczyli na konwencjonalne starcie między obu blokami. Gdyby doszło do wojny, spodziewano się atomowego armagedonu. Po ucieczce pułkownika Ryszarda Kuklińskiego świat dowiedział się o radzieckich planach nuklearnego ataku na Zachód. Stosunkowo niedawno Amerykanie ujawnili, jak miałaby wyglądać ich odpowiedź. Głównym polem jądrowej konfrontacji stałyby się Niemcy i Polska. Wśród głównych celów NATO było województwo śląskie. W pierwszym rzucie spadłoby na nas ponad sto bomb jądrowych, w tym kilka
o dużej mocy. Listę priorytetowych miejsc uderzenia otwierały ośrodki dowodzenia oraz lotniska. Wszystko po to, aby udaremnić Armii Czerwonej przeprowadzenie nuklearnego kontruderzenia. Wśród celów było lotnisko w Rybniku.

Eksplozja tej bomby zmiotłaby z powierzchni ziemi całe miasto.

Oparzenia trzeciego stopnia masowo wystąpiłyby u mieszkańców w promieniu 11 kilometrów od epicentrum, a to oznacza, że mieszkańcy Jastrzębia-Zdroju mieliby szanse na przetrwanie pierwszego atomowego starcia. Teoretycznie, po takiej wymianie ciosów politycy po obu stronach powinni natychmiast przerwać bombardowania. Czy tak by się stało? Na wszelki wypadek wojskowi przygotowali plan drugiej fali uderzeń. Ich celem miały być w głównej mierze ośrodki miejskie, kopalnie, huty i fabryki. Po tym ataku praktycznie cały Śląsk zamieniłby się w radioaktywne zgliszcza. Zniszczone zostałoby także Jastrzębie-Zdrój, ponieważ nasze kopalnie były na liście celów. To był plan z czasów zimnej wojny, kiedy naszym wrogiem był Zachód. Teraz żyjemy w innej sytuacji geopolitycznej.

Potencjalnym agresorem jest Rosja, kraj zacofany gospodarczo, dręczony problemami społecznymi, pogrążający się w agresywnym nacjonalizmie i dysponujący sześcioma tysiącami głowic nuklearnych.

W normalnych warunkach nigdy nie opublikowaliśmy takiego tekstu, bo po co? Czasy nabrały jednak tempa. Trzeba kierować się dewiza znaną z książek Lee Childa: liczmy na najlepsze, ale szykujmy się na najgorsze.

Jerzy Filar

Śledź nas

Social & newsletter

Logo stopka

© 2020 © Wszelkie prawa zastrzeżone

Search