Informacje

Izabela Kloc, poseł do Parlamentu Europejskiego: Unia Europejska trwoni swój gospodarczy potencjał i historyczne dziedzictwo

- Maj jest miesiącem rocznic związanych z Unią Europejską. Polska została przyjęto do tego grona 17 lat temu, a dwa lata upłynęły od ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego. W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że nie do takiej Unii wstępowaliśmy. Jest Pani rozczarowana?

- Mam ambiwalentne odczucia. Jak większość Polaków uważam, że Unia Europejska jest najlepszym pomysłem na przetrwanie trudnych czasów w jakich żyjemy i jeszcze trudniejszych, które zapewne nadejdą. W grupie jest siła, skuteczność i lepsza pozycja negocjacyjna w dobie globalizacji. Z drugiej strony jestem zła i rozczarowana, że Unia Europejska trwoni swój ogromny potencjał.

- Co tracimy?  

- Unia Europejska zapomniała z jakiego powodu została powołana. Początkowo chodziło o ochronę wewnętrznego rynku węgla i stali, a później o głębszą konsolidację gospodarczą. To był naturalny i stabilny fundament integracji. Na własne życzenie tracimy ten atut. W ubiegłym roku na mapie gospodarczych potęg świata czwarte miejsce zajmowały Niemcy, Wielka Brytania była piąta, Francja szósta, a Włochy ósme. Są też takie kraje jak Polska, które mają wysokie PKB, niskie bezrobocie, dobre ratingi i wielkie ambicje, aby dogonić czołówkę. Niestety, ten potencjał zamiast stworzyć efekt synergii został rozmieniony na drobne, czego najbardziej dotkliwym przykładem było dopuszczenie do brexitu…

- Wielka Brytania wystąpiła przecież z Unii Europejskiej sama. To premier Cameron ogłosił referendum.

- Nie mylmy skutku od przyczyny. Wielka Brytania ze względu na wyspiarski charakter i historyczne doświadczenia jest bardzo przywiązana do swojej odrębności i niezależności. Bruksela nie potrafiła tego uszanować i zaakceptować. Zamiast szukać kompromisu Unia Europejska zaczęła wzmacniać centrystyczne zapędy. Brytyjczycy nie chcieli przenosić stolicy z Londynu do Brukseli i doszło do brexitu. Wyjście Wielkiej Brytanii ze wspólnoty nie jest jedyną, ale jedną z ważniejszych przyczyn obniżenia konkurencyjności unijnej gospodarki.

- Dlaczego uważa Pani, że unijna gospodarka przestała być konkurencyjna?

- Tempo i kierunek globalnej gospodarki wyznaczają Stany Zjednoczone i Chiny. Na rywalizacji gigantów chcą coś ugrać Indie, Japonia, Korea Południowa, Turcja, Brazylia, Republika Południowej Afryki i wiele innych państw, które kiedyś zaliczaliśmy do „trzeciego świata”, a teraz zdumiewają dynamiką rozwoju. Jedynie Unia Europejska zamknęła się w „zielonej” bańce i zrobiła krok w tył. Narzuciła system kar i restrykcji środowiskowych, które doprowadziły unijny przemysł do granicy rentowności, a w konsekwencji liderzy wielu branż zaczynają się zastanawiać nad przeniesieniem interesów do krajów, które rządzą się logiką, a nie ideologią.

- Polityka klimatyczna to krok w tył? Wielu Czytelników uzna, że to jest raczej krok w przód.

- Zależy z jakiej perspektywy spojrzeć. Polityka klimatyczna w duchu Porozumienia Paryskiego na pewno jest krokiem w przód. Przypomnę, że w 2016 roku wszystkie liczące się państwa świata zaakceptowały wspólne działania na rzecz walki z ociepleniem ziemi. Przyjęto m.in., że do 2030 roku należy zredukować o 40 proc. emisję dwutlenku węgla. Jednak w unijnej polityce klimatycznej od tamtego czasu minęła cała epoka. Unia Europejska ostro skręciła w lewo, a ton zaczęła nadawać narracja ekologicznych radykałów. Przyjęto Europejski Zielony Ład, który zakłada redukcję CO2  o 55 proc. Polityka klimatyczna obrała dekarbonizacyjny kurs, a do paliw niemile widzianych dołączono też atom i gaz. Bruksela chce oprzeć bezpieczeństwo energetyczne tylko na Odnawialnych Źródłach Energii, choć podczas ostatniej zimy ich zawodność stała się przyczyną całej serii przerw w dostawach prądu w wielu krajach.

- Pani zdaniem u źródeł unijnej polityki klimatycznej tkwi ideologia?

- A dokładniej mówiąc - marketing i ideologia. Unia Europejska przestaje się liczyć w świecie. Walka o klimat pozwala jej zachować pozory, że jeszcze nie spadła do globalnej drugiej ligi. Nie ma też wątpliwości, że Zielony Ład w swoim ortodoksyjnym wydaniu jest elementem szerszej, ideologicznej agendy, którą chce Europejczykom narzucić lewica, dominująca w unijnych instytucjach i wpływowych mediach.

- Niektórym rządy lewicy kojarzą się z postępem.

- W dziejach współczesnej Europy rządy lewicy nie są nowością i nigdy nic dobrego z nich nie wynikło. Komuniści budowali swoje polityczne plany na utopiach. Oddanie władzy w ręce ludzi pracy skończyło się dyktaturą zdeprawowanych, bezwzględnych i wąskich elit. W Europie Wschodniej pamiętamy czasy centralizmu demokratycznego i gospodarki planowej. Wiemy, że kończy się to biedą i strachem. Nie mają takich doświadczeń społeczeństwa Europy Zachodniej. Dlatego są takie naiwne, podatne na propagandę i nieświadome zagrożeń. Współcześni neokomuniści nie mają już na sztandarach haseł socjalnych, bo poziom życia jest na tyle wysoki, że straszenie kapitalizmem nie odniosłoby skutku. Lewica kusi innymi, nowoczesnymi i „postępowymi” hasłami. Na ideowym topie są mniejszości seksualne, uchodźcy i skrajny ekologiczny populizm.

- Lewica jest taka groźna i skuteczna, a przecież nie ma formalnej większości w Parlamencie Europejskim i innych unijnych instytucjach.

- Tradycyjny podział na lewicę i prawicę przestał działać. Największą grupą w europarlamencie jest Europejska Partia Ludowa, która przed laty mogła jeszcze uchodzić za chadecję, ale teraz odcina się od chrześcijańskich korzeni. Medialno-propagandowa presja lewicy, zielonych i liberałów jest tak silna i skuteczna, że EPL woli do nich dołączyć, niż stanąć im na drodze. Na szczęście pojawiła się szansa na wyrównanie sił. Jeśli sukcesem zakończą się rozmowy między europosłami węgierskiego Fideszu, włoskiej Ligii Północnej oraz Grupą Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, do których należą deputowani Prawa i Sprawiedliwości, powstanie przeciwwaga i nowa jakość w europejskiej polityce. Nie może być tak, że tylko lewica kwestionująca kulturowe fundamenty naszej cywilizacji, będzie definiować przyszłość wspólnoty.

- Ten ideowy spór to kolejny dowód na to, że w Unii Europejskiej wartości znaczą tyle samo, a może nawet więcej niż gospodarka. To może też tłumaczyć problemy Polski czy Węgier.

- Uzgodnijmy najpierw, co mamy na myśli mówiąc o unijnych wartościach. Dla mnie są nimi zasady ujęte w słynnej „piątce” Roberta Schumanna, ojca-założyciela Unii Europejskiej. Są to: chrześcijaństwo, wolność, solidarność, różnorodność, patriotyzm. Niestety, z tymi wartościami walczą elity współczesnej Unii Europejskiej. Można więc zadać pytanie, kto łamie unijne wartości? Polska i Węgry czy sama Unia Europejska? W obecnym sporze nie chodzi o wartości, lecz o to, kto nimi politycznie i medialnie zarządza. Proszę zobaczyć, kto w unijnych instytucjach personalnie recenzuje przestrzeganie praworządności w krajach członkowskich. W Parlamencie Europejskim na czele komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Sprawa Wewnętrznych stoi hiszpański komunista Juan Lopez Aquilara. Z kolei w Komisji Europejskiej grillowaniem Polski i Węgier zajmuje się komisarz ds. wartości i przejrzystości Vera Jourova, która pierwsze kroki w polityce stawiała u czeskich socjalistów. Ci ludzie nie stoją na straży unijnych wartości, lecz zajmują się promocją lewicowej agendy. Polska im przeszkadza, ponieważ jest odporna na lep czerwonej propagandy.

- Liczy Pani na to, że Unia Europejska otrząśnie się z lewicowych fascynacji?

- Nie liczę na żadną formę autorefleksji ze strony unijnych instytucji. Wszystko jest w rękach samych Europejczyków. Tylko oni, swoimi decyzjami wyborczymi, mogą skierować Unię Europejską na właściwe, fundamentalne tory. Obawiam się, że stanie się to dopiero wtedy, kiedy unijni wyborcy na własnej skórze, boleśnie odczują skutki lewicowych eksperymentów społecznych i gospodarczych. Po szkodzie są mądrzy nie tylko Polacy, ale wszyscy Europejczycy.  

Rozmawiał Jerzy Filar

Social & newsletter

Logo stopka

© 2020 © Wszelkie prawa zastrzeżone

Search