Informacje

Szykuje się jastrzębski „proces stulecia”

Jerzy Godlewski przez lata usiłował udowodnić, że jedynie finansował budowę osławionego „statku kosmicznego” przy ul. Północnej i nie odpowiadał za skandaliczny bałagan prawny towarzyszący tej inwestycji. I udowodnił! Miasto, począwszy od prezydenta Janusza Ogiegło, a na Annie Hetman kończąc, bezskutecznie próbowało umyć ręce od tej gigantycznej samowolki budowlanej. Godlewski skierował do Sądu Okręgowego w Gliwicach cywilne powództwo o 32 mln zł odszkodowania od miasta, spółdzielni mieszkaniowej i Skarbu Państwa.

O tej sprawie pisaliśmy wielokrotnie, ale teraz pojawił się pretekst, aby do niej wrócić. Kilka dni temu wojewoda śląski unieważnił wydane przez prezydenta Jastrzębia-Zdroju w 1994 roku pozwolenie na wykonanie nadbudowy w bloku przy ul. Północnej. Nie ma znaczenia, że minęło od tamtego czasu 27 lat. Jeżeli chodzi o poważne przestępstwa budowlane sprawy się nie przedawniają. Janusz Ogiegło, ówczesny prezydent, a dziś radny z drużyny Anny Hetman, ma potężny problem. Wydał pozwolenie choć wnioskodawca i inwestor, czyli Górnicza Spółdzielnia Budownictwa Mieszkaniowego z Wodzisławia Śląskiego, nie miała projektu budowlanego.

To poważne przestępstwo i legalizacja jednej z największych budowlanych samowolek w Polsce.

Jak w ogóle mogło dojść do takiej sytuacji? W tej historii jest wiele wątków pobocznych. Dziesiątki, a raczej setki wyroków sądowych, skarg, odwołań, ekspertyz i decyzji urzędów różnych szczeblu. Opisanie i wyjaśnienie tego zamieszania zajęłoby książkę, a nie stronę w gazecie. W największym skrócie sprawa wygląda tak, że w 1994 roku prywatny detektyw Jerzy Godlewski dogadał się ze Zbigniewem Durczokiem, prezesem GSBM, że na bloku przy ul. Północnej 4/14 powstanie wielopoziomowa, skomplikowana architektonicznie nadbudowa. Czegoś takiego w Polsce jeszcze nie było, choć lofty na dachach nie są rzadkością w Europie zachodniej. Godlewski miał dać pieniądze i pomysł. GSBM wzięła na siebie rolę inwestora odpowiadającego za całą resztę, czyli załatwianie spraw w urzędach i formalne prowadzenie budowy. I faktycznie, prezydent Jastrzębia-Zdroju wydał zezwolenie na budowę, ale nikt - z Godlewskim na czele - nie przypuszczał, że to była wielka lipa i początek afery, za którą teraz miasto musi płacić. Wiele wyjaśnia i smaczku sprawie dodaje fakt, że Zbigniew Durczok, zanim objął prezesurę w GSBM pracował w jastrzębskim magistracie na stanowisku architekta miasta.

Afera nie wyszła od razu.

W 1997 roku na skutek deszczu zamokły dokumenty budowlane. Jerzy Godlewski chciał je skopiować z egzemplarzy, które powinny znajdować się w siedzibie spółdzielni albo Urzędzie Miasta. Okazało się, że papiery - jak przekonywali wówczas urzędnicy - gdzieś zaginęły. Dziś wiemy, że one tam nigdy nie trafiły. Godlewski za własne pieniądze odtworzył dokumentację, ale wstrzymało to roboty na kilka miesięcy. Ten problem powtórzył się później jeszcze raz. Uzupełniona dokumentacja projektowa nie dotarła - choć powinna - do Wydziału Architektury Urzędu Miasta oraz Powiatowego Inspektora Nadzoru Budowalnego. Ostatecznie, w 2010 roku wydano nakaz o wstrzymaniu budowy, ponieważ kontrola wykazała odstępstwa od projektu budowlanego. Równolegle rozpoczęto postępowanie administracyjne w sprawie nieodpowiedniego stanu technicznego budynku. Inspektorzy mieli zastrzeżenia do przewodów kominowych. Jakby tego było mało, okazało się, że nadbudowa jest niezgodna z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego. Sprawy zaszły już tak daleko, że nie było mowy o dokończeniu tej inwestycji.

Z budynku przy Północnej zeszli budowlańcy, a do gry przystąpili prawnicy.

Strategia miasta i spółdzielni była prosta - zrzucić całą odpowiedzialność na Jerzego Godlewskiego. Przez jakiś czas ten plan był nawet skuteczny. W 2011 roku Prokuratura Rejonowa w Jastrzębiu-Zdroju miała dowody na samowolę budowlaną, ale sprawa została umorzona. Jerzy Godlewski wskazuje na ciekawy trop towarzysko-rodzinny, który mógł mieć wpływ na takie rozstrzygniecie.

Żoną prezydenta miasta była Urszula Ogiegło, prokurator a później sędzia Sądu Rejonowego w Jastrzębiu-Zdroju.

Generalnie, wątek prawno-kryminalno-sensacyjny jest w tej historii wyjątkowo bogaty. W połowie 2010 roku, Prokuratora Rejonowa w Jastrzębiu-Zdroju postawiła Jerzemu Godlewskiemu zarzuty w innej sprawie. Kilka tygodni później zdiagnozowano u niego chorobę Bergera, której powodem - jak się okazało - było chemiczne zatrucie organizmu. Cudem uniknął śmierci. Gdyby wtedy zmarł, mógłby zostać uznany za sprawcę prawnego zamieszania wokół budynku przy ul. Północnej 14 i przepadłyby, a raczej zostały przejęte jego pieniądze zainwestowane w nadbudowę (wrócimy do tej historii w jednym z najbliższym wydań gazety).

W każdym razie, Jerzy Godlewski wszczął procedury odwoławcze i po wielu latach sprawa trafiła aż na wokandę Naczelnego Sądu Administracyjnego w Warszawie.

Ostateczny wyrok NSA wskazał na spółdzielnię, jako inwestora odpowiedzialnego za przebieg budowy. Otworzyło to furtkę do starań odszkodowawczych. Detektyw złożył już w Sądzie Rejonowym w Gliwicach cywilny pozew o 32 mln zł. Mniej więcej tylu „utopił” w niezrealizowanym projekcie, który miał być biznesowym hitem, a stał się największym koszmarem jego życia. Pieniędzy domaga się nie tylko od miasta i GSBM, ale także Skarbu Państwa, ponieważ - jak twierdzi - Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego ukrywał fakty, dotyczące przebiegu i stanu technicznego inwestycji. Z tego, co udało nam się ustalić, prezydent Anna Hetman wystąpiła już do sądu, aby nie rozpatrywać tej sprawy ze względu na przedawnienie. Wniosek został odrzucony, ponieważ - jak już pisaliśmy wcześniej - jeśli chodzi o rażące przestępstwa budowlane daty nie mają znaczenia. Kwota jest gigantyczna i jeśli zapadnie wyrok po myśli detektywa, zapłacą za to mieszkańcy. Taka jest cena, kiedy władze miasta usiłują umyć ręce od afery, której zatuszować się nie da.

Odszkodowanie to jedna sprawa, a druga nie niemniej istotna dotyczy losów nadbudówki przy ul. Północnej.

Decyzja wojewody śląskiego potwierdziła, że mamy do czynienia z gigantyczną samowolką budowlaną. Teoretycznie powinno się ją rozebrać. Taka operacja byłaby jednak bardzo kosztowna i niezwykle skomplikowana pod względem technicznym. Należałoby znaleźć na ten czas mieszkania zastępcze dla 92 rodzin mieszkających w budynku. Jest też inne rozwiązanie. W ubiegłym roku przyjęto przepisy zezwalające na legalizację samowolek budowlanych. To idealna furtka prawna do rozwiązania problemu, przed jakim stoi Jastrzębie-Zdrój. Zamiast wydawać gigantyczne pieniądze na rozbiórkę może warto tę kwotę zainwestować w dokończenie i zaadaptowanie nadbudówki. Pomijając obecne problemy, „statek kosmiczny” wygląda intrygująco z zewnątrz, ale w środku robi piorunujące wrażenie. To wielka przestrzeń podzielono na kilka poziomów. Niektóre z nich przypominają oranżerie, z bogatą kolekcją roślin z różnych stref klimatycznych. Część podłogi stanowi gruba, szklana płyta, która miała być zamknięciem wielkiego akwarium. Ciekawie wygląda też strefa zewnętrzna, zbudowana
z kilku tarasów. Gęsto tu od drzew i krzewów, które dobrze przyjęły się na dachu jastrzębskiego bloku. Zwieńczeniem budowli są schody... do nieba. Niedokończona, żelazno-betonowa konstrukcja straszy, choć docelowo miał tutaj powstać basen o powierzchni 90 metrów kwadratowych.

Generalnie może powstać tutaj kilkanaście dużych mieszkań albo nowoczesna, wręcz awangardowa przestrzeń biurowa.

Budowla jest tak znana w Polsce, że nie było problemu, by znaleźć najemców. To jedyny sposób, aby budynek zaczął zarabiać na siebie i zwrócił pieniądze, które bezproduktywnie pochłonął. Będziemy wracać do tej sprawy, ponieważ po decyzji wojewody, jastrzębski samorząd musi się odnieść się do nowej sytuacji.

Jerzy Filar

Social & newsletter

Logo stopka

© 2020 © Wszelkie prawa zastrzeżone

Search